Strona (byłej) klasy 3c :)
--> Główna -> Teksty
Parodia matematyki
Zadanie z jęz. polskiego na temat 'parodia lekcji'
Błogą przerwę brutalnie zakończył przenikliwy dźwięk dzwonka. Wszyscy uczniowie natychmiast ustawili się przed salą niczym żołnierze. Każdy, kto jadł śniadanie, musiał w tej chwili zaniechać tej czynności niezależnie od tego, czy właśnie zaczynał to robić, czy akurat przeżuwał ostatni kęs. Wszystkich ogarnął lęk, bo właśnie zbliżał się "on". Był końcem początku i początkiem końca. Niesamowita groza biła od jego osoby, a każdy szczegół, nawet jego sposób chodzenia, nierozerwalnie kojarzył się uczniom z niewymownym cierpieniem. Krążyły legendy, że w sali, w której prowadzi se lekcje, po ścianach spływa świeża posoka, powietrze przesiąknięte jest zapachem siarki, a z wnętrza szafy dobiegają przeraźliwe jęki potępionych dusz. Powiadają, że staje w płomieniach, a w jego dłoniach pojawiają się średniowieczne narzędzia tortur. Następnie wybiera jedną osobę z klasy, na podstawie tylko sobie znanego wzoru i ćwiartuje ją na oczach pozostałch w niezwykle wymyślny, a zarazem obrzydliwy jak sam Cerber, sposób. Oto on - Pan Mordu, Książę Ciemności i dziedzic Bhaala w jednej osobie. Profesor od matematyki.
Gdy mocnym jak rwący nurt Styksu ruchem ręki nacisnął klamkę, zgromadzeni ledwo powstrzymali się od zemdlenia. Z tą samą potworną siłą otworzył dziennik, który był swego rodzaju czarną biblią. Tymczasem uczniowie cicho jak myszy, z wymuszoną gracją usadawiali się na miejscach. Rycu przypadkowo strącił swój ołówek. Wszyscy zamarli.
- Ciszej! - charknął nauczyciel, a niebo przecięła straszna błyskawica.
Kortez nie wytrzymał napięcia, a przez szok, którego doznał, odważył się zapytać:
- Mogę namoczyć gąbki?
- Tak. - powiedział profesor. Nie musiał mówić nic więcej. Ton jego głosu podczas wypowiadania tego któtkiego słowa, był zwiastunem największego kataklizmu w dziajach świata, niezależnie od tego, w jakim kontekście go użył. Osłabiony Kortez wybiegł z pomieszczenia, zapominając zabrać gąbek. Lampa roztrzaskała się na jego krześle. Marek się zestresował i poleciała mu krew z nosa. Nie bacząc na to, nauczyciel rzekł głosem przenikliwym jak tysiące igieł:
- No to coś sobie policzymy.
Jego oczy zaszły krwią, a na stropie pojawiło się głębokie pęknięcie długości kilku metrów.
To było nieuniknione. Palec Pana Mordu przesuwał się po zżółkłych kartach dziennika niczym jeździec Apokalipsy. Był już prawie u celu, bo szyby, jedna po drugiej, zaczęły się roztrzaskiwać, a krwiożercze rośliny stojące na parapetach obnażyły zęby. Ciśnienie rosło z sekundy na sekundę. Basiński zaczął gorączkowo szukać noża. To był pierwsze objawy choroby psychicznej, bo przecież każdy wie, że Matematyk jest nieśmiertelny. Chrypliwy głos profesora zabrzmiał tym razem jak wyrok:
- Marian, proszę.
Marian z pomocą kolegów wstał z krzesła, zachwiał się na nogach i niespodziewanie zwymiotował.
Kiedy doczołgał się do tablicy, nie mógł sobie poradzić z utrzymaniem kredy, któta była gorąca bardziej niż smoła z najgłębszych czeluści piekielnych. Za to na mdłej powierzchni tablicy odbijały się wszystkie ludzkie lęki ubrane w postaci demonów. Chłopaka zlał zimny pot, bo poczuł jak nauczyciel zaczyna buszować w jego myślach.
Nagle w sali rozległ się dźwięk dzwonka telefonu komórkowego. Matematyk wydarł się w niebogłosy, ziejąc przy tym straszliwym ogniem. Moc tego huku przypominającego zgrzyt sprzęgającyhc się kling, sprawiła, że wszystko, co nie było zespojone z podłogą, przesunęło się do tylnej ściany. Właścicielem aparatu był Remik, co Książę Ciemności zdążył już bezbłędnie namierzyć i zidentyfikować. Mroczny pracownik szkoły kopnął telefon z półobrotu tak, że doleciał on do Mokrzeszowa, roztrzaskał się o słup telegraficzny i zaczął wygrywać melodię marsza żałobnego.
Na ratunek uczniom przyszedł koniec lekcji. Wszyscy zdążyli uciec z zawalającego się pomieszczenia wypełnionego w połowie wrzącą lawą. Nareszcie przerwa. A po niej lekcja języka polskiego.
Dodano: 12.02.2006 13:17
Zobaczono 428 razy.
Suchy
Komentarze [Musisz się zalogować, aby pisać komentarze.]